Dni mijają, ale nie za szybko, w całkiem normalnym tempie.
Ważne by każdy dzień zawierał jakieś rutyny, coś powtarzalnego, dzięki którym nie wypadamy z
rytmu.
Z wstawaniem rano jest różnie, bo nie zawsze muszę być budzikiem dla dzieci. Moim budzikiem są
koty, a czy zasnę po ich karmieniu jest zależne od jakości snu w nocy.
Z apetytem porannym też jest różnie, więc tu polegam na zachciankach, o czym pomyślę, to
będzie na śniadanie jedzone.
Ostatnio jako dobrze sprawdzająca się rutyna weszła do codziennego planu sesja jogi w domu.
Maksymalnie godzina czasu, czasem krócej a w przypadku słabej firmy ciała jak teraz przy
przeziębieniu to wcale. Tego też trzeba się nauczyć, odpuszczania. Jestem chora, więc
odpoczywam a nie się forsuję. O dziwo sprawdza się to, czyli słuchamy ciała i nic na siłę.
W każdym razie, po praktyce jogi zaczynam zajęcia z gospodarstwa domowego. U mnie to jest
duży zasięg wielu czynności.
Między każdym wykonanym zadaniem robię przerwę by uspokoić serce, które jest moim zdaniem
nadaktywne i tym samym mnie osłabia. Bije jak szalone jakby dzwon bił na alarm. Więc ja ten
alarm biorę na serio i odpoczywam by serce się uspokoiło.
Tak więc mam co robić mimo że jestem chwilowo wyłączona z pracy zawodowej. Moje „prywatne”
prace nad sobą są teraz priorytetem.
Duża ilość terminów pod które moje dni są wówczas indywidualnie zaplanowane nie sprawia że
jest monotonnie. Z każdego terminu biorę dużo dla siebie, i dużo pracy w nie wkładam. W takie
„terminowe” dni odpuszczam inne rutyny z dnia codziennego.
Co zawsze jest i pozostanie niezmienne to szybkie chodzenie spać. Nawet jeśli śpię źle, w
towarzystwie różnych tylko mi znanych przeszkód nocnych to przynajmniej śpię długo a w moim
przypadku to już połowa sukcesu i więcej siły na nowy dzień. A każdy niespokojny sen to w
następstwie niespokojna głowa która te przeszkody przerabia. Nie umie, nie chce tego wyprzeć, za
dużo już tego wypierania w moim życiu było .
Teraz jest czas na przerabianie i zamykanie. Czas na prawdziwą ja. Taką tylko dla siebie, taki
zdrowy egoizm,
Coś za coś. Być albo nie być. Żyć albo biec. Wybieram życie, za długo już biegłam, teraz przyszedł
czas na miarowe kroki, kroki na miarę mojego stanu zdrowotnego i psychicznego.
Świadomie, w zgodzie ze sobą, w tu i teraz.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Die Tage vergehen, aber nicht zu schnell, in einem ganz normalen Tempo.
Wichtig ist, dass jeder Tag einige Routinen enthält, etwas Wiederholbares, damit wir nicht aus dem Rhythmus fallen.
Mit dem morgendlichen Aufstehen ist es unterschiedlich, weil ich nicht immer der Wecker für die Kinder sein muss. Meine Wecker sind die Katzen, und ob ich nach ihrer Fütterung wieder einschlafe, hängt von der Qualität des Schlafs in der Nacht ab.
Auch beim morgendlichen Appetit ist es unterschiedlich, also verlasse ich mich hier auf Launen – woran ich denke, wird dann zum Frühstück gegessen.
In letzter Zeit hat sich als gut funktionierende Routine eine Yoga-Session zu Hause in den Tagesplan etabliert. Maximal eine Stunde Zeit, manchmal kürzer, und im Fall eines schwachen Körperzustands, wie jetzt bei einer Erkältung, gar nicht. Das muss man auch lernen – loszulassen. Ich bin krank, also ruhe ich mich aus, statt mich zu überanstrengen. Überraschenderweise funktioniert das, also hören wir auf den Körper und erzwingen nichts.
Jedenfalls beginne ich nach der Yoga-Praxis mit Haushaltsaufgaben. Bei mir erstrecken sich diese über viele Tätigkeiten.
Zwischen jeder erledigten Aufgabe mache ich eine Pause, um mein Herz zu beruhigen, das meiner Meinung nach überaktiv ist und mich dadurch schwächt. Es schlägt wie verrückt, als würde eine Alarmglocke läuten. Also nehme ich diesen Alarm ernst und ruhe mich aus, damit mein Herz sich beruhigt.
So habe ich also zu tun, obwohl ich momentan von der beruflichen Arbeit ausgeschlossen bin. Meine „privaten“ Arbeiten an mir selbst haben jetzt Priorität.
Die große Anzahl von Terminen, für die meine Tage individuell geplant sind, sorgt nicht dafür, dass es monoton wird. Aus jedem Termin nehme ich viel für mich mit und stecke viel Arbeit hinein. An solchen „terminlastigen“ Tagen lasse ich andere Routinen des Alltags fallen.
Was immer besteht und unverändert bleibt, ist das frühe Schlafengehen. Selbst wenn ich schlecht schlafe, im Zusammensein mit verschiedenen nur mir bekannten nächtlichen Hindernissen, schlafe ich zumindest lange, und in meinem Fall ist das schon die halbe Miete und mehr Kraft für den neuen Tag. Und jeder unruhige Traum führt zu einem unruhigen Kopf, der diese Hindernisse verarbeitet. Ich kann es nicht verdrängen, ich will es nicht verdrängen, es gab schon zu viel Verdrängung in meinem Leben.
Jetzt ist die Zeit, es zu verarbeiten und abzuschließen. Zeit für das wahre Ich. Ein Ich nur für mich, ein gesunder Egoismus.
Etwas für etwas. Sein oder nicht sein. Leben oder rennen.
Ich wähle das Leben, ich rannte schon zu lange, jetzt ist die Zeit für gemessene Schritte, Schritte im Einklang mit meinem körperlichen und psychischen Zustand.
Bewusst, im Einklang mit mir selbst, im Hier und Jetzt.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
The days go by, but not too quickly—at a pretty normal pace.
It’s important for every day to include some routines, something repetitive, so we don’t fall out of
rhythm.
Getting up in the morning varies, because I don’t always have to be the alarm clock for the kids. My alarm clock is the cats, and whether I fall back asleep after feeding them depends on the quality of my sleep at night.
My morning appetite also varies, so here I go with whatever I’m craving—whatever comes to mind iswhat I’ll have for breakfast.
Lately, a daily yoga session at home has become a routine that works well for me.An hour at most, sometimes less, and when my body isn’t cooperating—like now witha cold—then not at all. You have to learn that, too: letting go. I’m sick, soI rest instead of pushing myself. Surprisingly, it works—we listen to our bodies and don’t force anything.
In any case, after my yoga practice, I start my household chores. For me, that means a wide range of tasks.
Between each task I complete, I take a break to calm my heart, which I think isoveractive and thus weakens me. It’s beating like crazy, as if an alarm bell were ringing. So I take this alarm seriously and rest so my heart can calm down.
So I have plenty to do even though I’m temporarily out of work. My “personal” work on myself is now a priority.The large number of appointments—around which my days are individually scheduled—doesn’t makethings monotonous. I get a lot out of each appointment, and I put a lot of work into them. On such “busy” days, I let go of my other daily routines.
What always is and will remain unchanged is going to bed early. Even if I sleep poorly, plagued by various nighttime obstacles known only to me, at least I sleep for a long time—and in my case, that’s already half the battle and gives me more strength for the new day. And every restless night’s sleep leads to a restless mind that processes these obstacles. It can’t—and won’t—push them aside; there’s already been too much of that in my life.
Now is the time to process and put things to rest. Time for the real me. Just for myself—that kind of healthy selfishness,
A trade-off. To be or not to be. To live or to run.
I choose life; I’ve been running for too long—now it’s time for steady steps, steps suited to my physical and mental well-being.
Consciously, in harmony with myself, in the here and now.